Barcelona, randka druga

Maja Sieńkowska - Lipiec 6, 2015

Co zyskałam dzięki kursowi mindfulness?

Maja Sieńkowska - Lipiec 6, 2015

O człowieku, który stanął na głowie. Po prostu niezwykli #1

Maja Sieńkowska - Lipiec 6, 2015

Poniższy wywiad jest inauguracją nowego cyklu rozmów na blogu „Po prostu niezwykli”. Kiedy ktoś mnie pyta o zainteresowania, zawsze mam ochotę odpowiedzieć, że interesuje mnie człowiek. Ciekawi mnie, co przeżył, co go spotkało, gdzie był i co robił oraz jak stał się tym, kim jest. Dlatego postanowiłam rozmawiać i szukać z pozoru zwykłych ludzi, którzy okazują się być niezwykli.

Dziś ujawniam zapis rozmowy, którą przeprowadziłam z Jurkiem Zdanowiczem. Jurek ma 61 lat, zarabia na życie, stojąc na głowie lub jako tańczący w doniczce kwiat. Znałam go wcześniej, bo to kolega mojego ojczyma. Mieszkaliśmy na jednej ulicy w małej miejscowości. Pamiętam, że czasami przychodził do nas do domu, a ja podsłuchiwałam opowieści, które opowiadał moim rodzicom. Wydawał mi się wtedy bardzo ciekawym i egzotycznym człowiekiem. Ciągle spotykały go różne przygody, kiedy wyjeżdżał do Włoch. Ja przygody miałam tylko na kartach książek.

IMG_2321 (1)

_MG_2330

Umówiliśmy się pod kolumną Zygmunta w Warszawie. Pan Jurek powiedział, że akurat o 13:10 skończy stać na głowie, więc będziemy mogli porozmawiać. Przychodzę na miejsce, robię kilka zdjęć. Pan Jurek staje na nogach i mówi, że się zmieniłam na lepsze. Zbiera swoje rzeczy i mamy iść na obiad. Nagle podchodzi młoda kobieta i dziękuje mu za inspirację, mówi, że też jest uzależniona i że to ona zostawiła liścik z podziękowaniem. Podziwia go za sposób radzenia sobie z nałogiem i za odwagę, że przyznaje się do niego przed wszystkimi w centrum Warszawy.

Idziemy na pizzę i porozmawiać.

_MG_2342

Maja Sieńkowska: Chciałam z panem porozmawiać, bo już od dzieciństwa w moich oczach jest pan bardzo ciekawą, wręcz trochę egzotyczną osobą. Pamiętam, że gdy byłam mała, pan wyjeżdżał do Włoch, a potem pan wracał i opowiadał ciekawe historie moim rodzicom. Były o tyle ciekawe, że wszystkie podsłuchiwałam, zamiast spać. Jak to się stało, że w latach 90. pan wyjechał?

Jurek Zdanowicz: Przez pewien okres byłem handlowcem. Jeździłem sprzedawać owoce i warzywa po rynkach. Potem zacząłem to robić na własną rękę i przerzuciłem się na ryby. Miałem serię wypadków. Najpierw rozbiłem starego Żuka, później rozbiłem Nysę i na końcu jechałem po towar na wybrzeże chłodnią Jelcz, i ten samochód też się rozbił. Ja nie spowodowałem wypadku, tylko kolega, który prowadził. Żeby kupić tę chłodnię, wziąłem 30 tysięcy złotych pożyczki z banku. Po wypadku nie byłem w stanie spłacić pożyczki. Ktoś mi powiedział, żeby jechać do Włoch, gdzie zbierają jabłka, bo pracuje tam dużo Polaków i łatwo znaleźć pracę. Wyjechałem na własną rękę, bazowałem tylko na słabej znajomości angielskiego. Zorganizowałem jeszcze dwóch kolegów, kupiliśmy starego Fiata 125p, który był tak słaby, że dwóch musiało go pchać pod stromą górę. Ja byłem najstarszy, więc kierowałem, a koledzy pchali. Byliśmy w Dolomitach, więc gór nie brakowało. Trzy dni koczowaliśmy w samochodzie, aż udało nam się znaleźć pracę. Jeździliśmy od sadu do sadu, napisaliśmy na samochodzie po niemiecku, że szukamy pracy: zrywanie jabłek albo zrywanie winogron. Przypadkiem zatrzymaliśmy się obok dużego gospodarstwa i akurat wyszedł właściciel. Porozmawiałem z nim, a on powiedział, że jak Polacy, to jest zainteresowany, bo dużo Polaków u niego pracowało i był zadowolony. Po sezonie zbioru jabłek wróciłem do Polski i umówiłem się z kolegami z Częstochowy, którzy mieli lepszy samochód. Pojechaliśmy w inne miejsce blisko granicy z Francją. Zaczęliśmy od Genui, bo tam jest dużo cieplarni. Chodziliśmy od cieplarni do cieplarni. Mieliśmy szczęście, bo jeden gość zwolnił Marokańczyków. Nie był z nich zadowolony, a że był sezon zbioru gwiazd betlejemskich, potrzebował ludzi i nas przyjął. Wcześniej nie było łatwo znaleźć pracę, szukaliśmy trzy dni.

IMG_2418

M. S.: Z tych moich podsłuchanych rozmów pamiętam, że miał pan różne przygody. A to, że pana okradli, a to że gdzieś pan zasnął. Jak to z tym było?

J. Z.: Okradali mnie wiele razy, już nie zliczę. Zjeżdżałem do Polski tylko po to, by wyrobić nowe dokumenty. W ciągu 5 lat wyrobiłem 6 paszportów.

M. S.: Jak to się działo? W jakich okolicznościach pana okradali?

J. Z.: Najróżniejszych. Raz, pamiętam, miałem dokumenty i pieniądze w kasecie VHS bez taśmy, to było puste pudełko. Leżało to obok mnie. Jadąc pociągiem, zasnąłem. Jak się obudziłem, to już tego nie było.

M. S.: Udało się panu spłacić pożyczkę na chłodnię?

J. Z.: Tak, pracowałem niecałe 2 lata na spłacenie długu. Pracowałem codziennie i jeszcze wtedy tak dużo nie piłem. Popijałem każdego wieczoru, potrafiłem wypić ćwiartkę, nie pić dalej i iść spać. Uczyłem się języka włoskiego, nadal mówię po włosku.

M. S.: To może teraz jakieś przyjemne przygody we Włoszech?

J. Z.: Co by ci tu opowiedzieć? O, wiem, opowiem ci to, co do końca życia zapamiętam. Od młodych lat lubiłem sport, nigdy się z nim nie rozstałem. Ćwiczyłem nawet we Włoszech. Codziennie pływałem po pracy. Miałem 2 kilometry do morza. Pracowałem w miejscowości Albenga i którejś niedzieli pomyślałem, żeby dopłynąć do wyspy Gallinara. Przyszło mi do głowy, że jestem w tak dobrej formie, że dopłynę na tę wyspę. Wydawało mi się, że dzieli mnie od niej kilometr. Pomyślałem, że kilometr to nie problem. Jednak tylko mi się wydawało, bo okazało się, że do wyspy są 3 kilometry. Z daleka miałem wrażenie, że jest blisko i jest mała. Dopłynąłem w końcu, wyszedłem na brzeg i podeszło do mnie dwóch ochroniarzy w garniturach. Tacy eleganccy. Pytają mnie, co sobie życzę. Ja mówię, że chciałem trochę zwiedzić, pochodzić. Okazało się, że wyspa już nie należy do gminy i nie można jej zwiedzać. Kupił ją jakiś Grek. Zapytali, czy to mnie widzieli, jak płynąłem. Odpowiedziałem, że tak. Zaśmiali się i powiedzieli, że dobrze, że mnie rekiny nie pożarły. Dopiero oni mi powiedzieli, że to było 3 kilometry. Byłem mocno zmęczony, położyłem się na molo i zasnąłem. Po dwóch godzinach obudziłem się i ruszyłem z powrotem. A miałem takie okulary, że się dostawała pod nie woda i jak już miałem pełno wody, to je opróżniłem. I tak się stało, że przy tych manewrach zmieniłem kierunek. Popłynąłem w innym kierunku, silny prąd mnie trochę zepchnął. Po jakimś czasie zorientowałem się, że widzę inną miejscowość. Nie Albengę, tylko Alassio. Ja już nie miałem siły zawracać, więc postanowiłem, że pójdę pieszo. Nie można było iść plażą, tylko drogami, bo urwisko schodziło bezpośrednio do morza. Szosą to było ponad 5 kilometrów. Tylko się modliłem, żeby się nie zrobiło ciemno. Szedłem w samych slipkach, więc nie miałem co liczyć, że się jakiś samochód zatrzyma. W końcu doszedłem, zabrałem rower, ubrałem się i tyle. Koledzy podziwiali mnie.

A jako ciekawostkę ci powiem, że mieszkałem w domu, w którym kiedyś mieszkał wielki pisarz włoski, Italo Calvino.

M. S.: Jak to się stało?

J. Z.: Znalazłem przez biuro matrymonialne kobietę, która chciała się związać. Jej chodziło o małżeństwo, ale później się rozmyśliła, bo ja za dużo piłem, a druga sprawa jest taka, że byłem słabą partią, bo słabo mówiłem po włosku. Rok trwał ten związek. Ja mieszkałem nie w samym pałacu pisarza, tylko w domu, który kiedyś należał do służby. Ten pałac jest przepiękny, a park niesamowity, bo ojciec pisarza sprowadzał różne gatunki drzew egzotycznych z Afryki, na przykład awokado. We Włoszech jest dużo drzew awokado, ale nie owocujących, a te miały zatrzęsienie owoców.

_MG_2438

M. S.: Co się stało z tym związkiem?

J. Z.: Stało się tak, że przed Bożym Narodzeniem mój brat od alkoholu dostał padaczki. Zawiozłem go do lekarza, który polecił, żeby umieścić go w szpitalu, a nie byliśmy ubezpieczeni, więc stwierdziłem, że musimy wrócić do Polski. Później dopiero się dowiedziałem, że tam szpital jest za darmo. Wiem, bo mnie ze czterdzieści razy później przyjmowali po alkoholu. No, ale na początku nie wiedziałem i ona myślała, że się wykręciłem i wyjechałem specjalnie, żeby z nią nie spędzać Bożego Narodzenia. Była na mnie zła. Jak wróciłem, to powiedziała, że ma inne plany na sylwestra. A jeszcze dołożyłem do pieca, bo przyjechała jej córka, była taka piękna, nie miała żadnych planów, więc umówiliśmy się, że spędzimy razem sylwestra. Była awantura. Słyszałem, bo mieszkałem w mansardzie szklanej nad domkiem. Miałem widok na San Remo. Ale córkę matka wygnała i zostałem sam na sylwestra. Spędziłem go tak, że przed północą wybiegłem z domu, by przywitać Nowy Rok w morzu. Poleciałem na prywatną plażę. Musiałem przejść przez ogrodzenie. Wskoczyłem do wody, pływałem i nad głową miałem fajerwerki z San Remo. Jak wyszedłem, to właściciel plaży mnie zaprosił na szampana. Bardzo miło tego sylwestra przywitałem.

IMG_2363

IMG_2365

M. S.: Czemu pan wrócił do Polski?

J. Z.: Wróciłem, bo znudziło mi się życie na ulicy. Alkoholizm doprowadził do tego, że zacząłem zmieniać prace. Dużo ludzi mnie znało, lubili mnie, ale zacząłem pić tak, że ciągle traciłem prace i mieszkania. Dostałem też kartę wygnańczą z Włoch. Miałem Fiata Uno, ale nie mogłem go legalnie zarejestrować, bo był sprowadzony z Belgii, a nie miałem umowy z właścicielem. Co zrobiłem? Przełożyłem do niego polskie tablice rejestracyjne ze starego samochodu. Jeździłem tak cały rok, aż zatrzymała mnie policja. Nie miałem dokumentów, ale policjanci zostawili mi ten samochód, żebym pojechał do Polski wyrobić dokumenty, to mi cofną tę kartę wygnańczą.

M. S.: Ma pan tę kartę do dziś?

J. Z.: Mam, ale jest nieważna, od kiedy Polska jest w Unii Europejskiej. Wtedy pojechałem do Włoch jeszcze raz i jeszcze raz znalazłem pracę.

M. S.: A jak było w Polsce?

J. Z.: Znalazłem pracę w składzie budowlanym u kolegi, ale popijałem, chociaż wróciłem z myślą, że nie będę pił. W końcu doszedłem do wniosku, że muszę iść na terapię. I poszedłem. Terapia trwała 6 tygodni na oddziale dzienno-nocnym. Terapia mi rzeczywiście pomogła. Po terapii wiedziałem, że powinienem chodzić na mityngi AA. Prowadziła je alkoholiczka, która nie piła 20 lat, ale zaczęła palić i dostała raka płuc. Kiedy umarła, grupa się rozleciała. Ja zatrudniłem się w fabryce proszków i myślałem o tym, żeby zrobić prawo jazdy na tiry, ale nie zdałem. W tym czasie zauważyłem, że zaczynam nieźle zarabiać na ulicy. Dawałem pokazy odporności na zimno na Placu Zamkowym.

M. S.: Na czym to polega?

J. Z.: Siadałem na hałdzie śniegu zepchniętej przez spychacz, wylewałem na siebie wiadra zimnej wody. Ludzie robili zdjęcia, dawali pieniądze. Kilka filmów o mnie nakręcili. Potem zacząłem trenować jogę, bo odkryłem, że jak stoję na głowie, to mi ludzie wrzucają więcej pieniędzy.

IMG_2349

M. S.: A po terapii jak długo pan nie pił?

J. Z.: 2,5 roku.

M. S.: Czemu pan znowu zaczął?

J. Z.: Przez przypadek.

M. S.: Podobno nie ma przypadków.

J. Z.: No, przez przypadek. Byłem w Rzymie, to był ten raz po wejściu do UE, odkryłem, że mogę więcej zarabiać zagranicą. Poszedłem do baru w Rzymie, siedziałem blisko lady. Kelnerka była cudzoziemką, a ja powiedziałem: ” qualcosa da bere”, czyli „coś do picia”, a ona zrozumiała „birra”, czyli „piwo”. Wypiłem to piwo, bo nie chciałem jej robić kłopotu, jej szef stał blisko. Zakręciło mi się w głowie. Byłem zły na siebie ze trzy dni, że je wypiłem. Przerwałem abstynencję, a każdą rocznicę obchodzi się uroczyście. Jest tort, człowieka chwalą, a ja przerwałem. Po tym piwie zauważyłem, że nic się jednak nie stało. Pomyślałem, że już mogę pić i nic mi nie będzie. Tak było jakiś czas. Piłem po kilka piw wieczorami, lepiej mi się spało, ale doszło do sytuacji, że piwo i wino mi już nie smakowało i kupowałem wódkę. Po pół litra chciało się więcej i wpadałem w ciąg.

M. S.: Ile było takich powrotów?

J. Z.: W ciągu tylko pięciu lat, kiedy 2,5 roku nie piłem, a potem 2,5 roku piłem, to było z 10 powrotów. Z niektórych wychodziłem sam. Pomagała mi lodowata kąpiel. Nieraz bałem się, żebym nie dostał paraliżu albo żeby mi serce nie wysiadło, bo po 2 tygodniach picia końskich dawek organizm staje się słaby, tym bardziej, że po kilku dniach człowiek przestaje jeść. Zmuszałem się do kąpieli. Pierwszy raz wziąłem taką kąpiel w górskiej rzecze w Innsbrucku. Czułem, że wraca mi energia i zdrowie. Przestałem sam. Później jeszcze raz zapiłem w Innsbrucku, ale byłem tak słaby, że nie mogłem się wykąpać. Pomogli mi wtedy Mormoni. Zadzwoniłem do siostry, powiedziałem, że nie wiem, co robić. Zgubiłem dokumenty, nie mam pieniędzy, jestem słaby. Ona poradziła, żebym poszedł do jakiegoś kościoła po pomoc. Poszedłem, ale to był dziwny kościół, bo bez krzyża. Oni nie uznają krzyża, uważają go za symbol śmierci. Ale mi pomogli. Zawieźli mnie do szpitala. W szpitalu byłem pół dnia, dali mi kroplówkę. Miałem spalone gardło, nie mogłem mówić. Przepisali mi na to lekarstwa. Mormoni mi te lekarstwa wykupili, zaprosili mnie na kolację, ale i tak nic nie mogłem jeść, więc posiedziałem tylko z nimi. Dali mi Biblię po włosku, ale im oddałem, bo za słabo znałem język.

_MG_2335

M. S.: Słyszałam, że jakiś czas temu był pan w takim stanie, że helikopter po pana przyleciał. Jak to się stało?

J. Z.: Byłem w psychozie alkoholowej. Wtedy człowiek jest w całkiem innym świecie. Doszedłem do wniosku, że mam się zabić. Chodziłem po ulicy, widziałem, że światła w oknach świeciły na niebiesko, słyszałem jęk mojego psa, widziałem różne rzeczy. Na przykład diabła. Miał taką straszną twarz i on mi mówił, że powinienem się zabić, bo moje życie nie ma sensu, przeze mnie giną ludzie. Powiedział, że w tej chwili na słupie jest elektryk. Wyglądam przez okno i widzę jakiegoś gościa na słupie, a pod słupem stoją gumofilce z połamanymi nogami. Takie rzeczy widziałem. Myślałem sobie, że możliwe, że jak się zrobi jasno, to mi to przejdzie. Zdawałem sobie sprawę, że to zwidy po alkoholu, ale było już widno, godzina 11:00, a ja widzę wciąż to samo. On na tym słupie. I w końcu nie wytrzymałem presji. Wziąłem nóż. Chciałem podciąć sobie żyły, ale nóż okazał się tępy. Wziąłem więc drugi, duży i ostry. Wbiłem go powoli w pierś. W jedno miejsce. Czekam aż umrę, a ten głos mi mówi, że nie, że jeszcze się pomęczę. Wyciągnąłem nóż i wbiłem jeszcze raz, z nadzieją, że trafię w serce. I rzeczywiście, nóż zaczął podrygiwać, ale nadal nie umierałem, chociaż zrobiło mi się słabo. I wtedy mama weszła. A ja nie trafiłem w komorę, przebiłem tylko koniuszek serca i płuco. Jak mama to zobaczyła, narobiła krzyku, przyleciała sąsiadka, wezwała policję i pogotowie i zawieźli mnie na Banacha. Musieli mnie rozciąć, bo nóż był brudny, więc trzeba było oczyścić ranę. Doszedłem do siebie szybko. Zapytałem od razu fizykoterapeutki, kiedy będę mógł znowu stać na głowie. Powiedziała, że nie szybciej niż za pół roku, a ja już po 4 miesiącach w Warszawie stałem. Ale zaledwie doszedłem do siebie i znowu zacząłem pić.

M. S.: Nie boi się pan, że historia się powtórzy?

J. Z.: Boję się. Przed ostatnim detoksem nóż już leżał na łóżku. Przymierzałem go, ale nie miałem psychozy, a bez psychozy boli. Człowiek odczuwa więcej. W psychozie mało boli.

M. S.: Skoro nie było psychozy, to czemu sięgnął pan po nóż?

J. Z.: Po prostu człowiek czuje się ze sobą tak fatalnie, wydaje mu się, że lepiej byłoby umrzeć niż się tak męczyć. Stan odstawienny jest straszny.

M. S.: Jak ten stan minie, to co jest dalej?

J. Z.: Odzyskuję formę, cieszę się, jestem szczęśliwy.

M. S.: Czym jest szczęście dla pana?

J. Z.: Nie umiem podać definicji. Tu chodzi o stany poczucia szczęścia. Nieraz stoję na głowie, słucham muzyki do medytacji, świeci na mnie słońce, jestem w dobrej formie i czuję pełnię.

_MG_2398

_MG_2375

M. S.: A na co pan czeka?

J. Z.: Czekam na to, by mi zorganizowali próbę bicia rekordu Guinnessa i żeby wypadła pozytywnie, bo mam problem z rękami. Nie mam problemu z kręgosłupem i głową, tylko drętwieją mi ręce.

M. S.: Czemu akurat to jest takie ważne dla pana?

J. Z.: Przede wszystkim chciałbym udowodnić, że nawet w starszym wieku człowiek może zachować formę. Teraz wszyscy krzyczą, że nie chcą pracować do śmierci. A ja chcę do śmierci stać na głowie. Do 67. roku życia to na pewno!

M. S.: Może ludzie nie chcą pracować tak długo, bo nie mają poczucia szczęścia tak jak pan?

J. Z.: Nie wiem, o co tu chodzi. Może myślą, że sobie dorobią na emeryturze? Ale nie wszyscy mogą dorobić. Ci, którzy nie dbają o swoje zdrowie, szybko umierają.

M. S.: A jak pan dba o swoje zdrowie?

J. Z.: Zaczynam dzień od stania na głowie przez 15 minut. Zakładam jeszcze 6 kilowe obciążniki. Rozkładam nogi, bo chciałbym jeszcze zrobić szpagat w staniu na głowie. Nie jest to niemożliwe w tym wieku, tylko jest o wiele trudniej rozciągnąć ciało. Robiłbym większe wrażenie i zarabiałbym więcej pieniędzy. Potem robię inne pozycje jogi. Poranna praktyka zajmuje mi 2 godziny. Jeśli mam czas, to jeszcze medytacja, relaksacja ciała. Na śniadanie zjadam sałatkę z oliwą z oliwek, z pomidorami, kiełkami, cebulą, czosnkiem i teraz dokładam pokrzywę, dopóki jest jadalna. Szczypior do tego dodaję i rzodkiewkę. Taką sałatkę robię dla siebie i dla mamy codziennie. Kiełki produkuję sam. Tak się przyzwyczaiłem do tej sałatki, że jak jej nie mam, to dzień się źle zaczyna.

M. S.: Obiad też jest taki zdrowy?

J. Z.: Nie, już później nie patrzę aż tak na to, co jem. Teraz mam kryzys z kasą. Staram się, by były witaminy. Kupuję kapustę i robię bigos z golonką. Mamy to na trzy obiady. Ale mam wyrzuty sumienia, bo powinienem przestać jeść mięso. Jak się ćwiczy jogę, to lepiej nie jeść mięsa. 2 lata temu na wiosnę próbowałem rzucić. Jadłem wegetariańskie posiłki, ale jesienią miałem wyraźną potrzebę jedzenia mięsa, bo nie miałem siły fizycznej. Ale jak teraz robię nóżki, to myślę sobie, że to było żywe stworzenie, chodziło na nóżkach, zabili go okrutnie, posiekali i ja to teraz jem. Jak jem schabowego, to tak nie widać. Mój mistrz mówi, że kurczaka na Zachodzie traktuje się jak banana.

M. S.: W weekendy zarabia pan staniem na głowie i byciem kwiatem. Jak pan spędza czas w tygodniu?

J. Z.: Dom jest na mojej głowie. Mama już nie ma siły. (Kurczę, nie zadzwoniłem dziś do mamy.)

_MG_2435

_MG_2425

M. S.: A jak bliscy podchodzą do pana sposobu na życie?

J. Z.: Mamie to na początku przeszkadzało. Mówiła, że to żebranie, dziadowanie. Teraz już mnie wspiera, chciałaby, żeby ten rekord wypalił.

M. S.: A jak pan się czuje ze swoim zajęciem na tle skomercjalizowanego świata?

J. Z.: Jestem daleki od takiego świata. Mam swoją drogę. Angażuję się w różne akcje. Jestem morsem i kiedyś wymyśliłem hasło: „Odporność na zimno uniezależnia mnie od rosyjskiego gazu”. Stoję na głowie bez koszuli, nawet jak jest -6 stopni. Zebrałem z ogrodu papierówki, jak Putin przestał kupować polskie jabłka i je rozdawałem ze słowami „Zjedz jabłko na złość Putinowi”.

M. S.: Jak ludzie reagują na pana działalność?

J. Z.: Przeważnie pozytywnie, uśmiechają się, pokazują mi kciuka do góry. Jedna kobieta mnie prześladuje. Mówi, że robię z siebie idiotę i jeszcze mi za to płacą.

M. S.: Stanie na głowie to wyzwanie, pomaga utrzymać formę. A czemu pan zdecydował się przebierać za kwiat i stać w doniczce? Żeby zarobić?

J. Z.: Też. Ale to jest rozrywka dla mnie. Od kiedy zacząłem tańczyć w doniczce, jak słyszę muzykę, chce mi się tańczyć. A to jest zdrowe i dobre. Dodaje mi energii, ludzie się do mnie uśmiechają.

M. S.: Poza Warszawą można gdzieś pana spotkać?

J. Z.: Latem jeżdżę do Sopotu, ale nie na długo, bo zajmuję się mamą.

M. S.: Ma pan jakieś przesłanie dla innych ludzi?

J. Z.: Przeczytałem kiedyś, że każdy powinien znaleźć swoje Shangri-La, czyli swoją krainę, sposób na życie, sposób na wszystko. Wtedy człowiek ma poczucie szczęścia i wysoki poziom energii. Nic więcej nie potrzeba.

 

 

Jeśli znacie kogoś zwyczajnego, ale interesującego, dajcie znać. Jeśli sami chcielibyście opowiedzieć własną historię, też dajcie znać. Wielu z nich zasługuje na poznanie.
adres e-mali: maja.sienkowska@gmail.com

Podobał Ci się ten wpis? Podziel się nim ze znajomymi!

  • świetny wywiad, dużo pozytywnych emocji i prawdziwego życia – czekam na kolejne

    • Cieszę się, że tak to odebrałaś, bo taki był mój zamysł. 🙂

  • Spodziewałam się czegoś mocnego i ciekawego, a dostałam rozmowę z alkoholikiem, który ciągle przegrywa z nałogiem wmawiając sobie, że jest dobrze i stanie na głowie to szczęście. Dla mnie to kolejny ulicznik, który udaje sztukę i zbiera kasę do kapelusza za nic. Niestety, nic mnie w nim nie inspiruje, mimo że widziałam go na żywo jak robił za kwiatka.
    Może kolejne wywiady będą lepsze. 🙂

    • Oczekiwania są źródłem rozczarowań.
      Odnoszę wrażenie, że osądzasz człowieka przez pryzmat swoich schematów i mechanizmów. Moim celem nie była ocena życia, motywacji czy zachowania, a przedstawienie postaci, poznanie kogoś innego. Nie zależy mi na szukaniu mocnych historii. Wiem, że to się sprzedaje, ale życie to częściej odcienie szarości, nie da się ich jednoznacznie określić.
      Jeśli kolejne wywiady przypadkowo spełnią twoje oczekiwania, pewnie uznasz je za lepsze dla ciebie.

      PS Alkoholizm to choroba. Podobnie jak depresja. Często jest przykrywką dla depresji właśnie i nieudolnym sposobem na radzenie sobie z nią. Życzę więcej otwartości. 🙂

      • „Dlatego postanowiłam rozmawiać i szukać z pozoru zwykłych ludzi, którzy okazują się być niezwykli.” – ten pan nie okazał się niezwykły w moim odczuciu i mam prawo do takiego zdania. A Ty zaczynasz się burzyć i wmawiać mi brak otwartości, jak rasowa blogerka, bo ktoś ma odmienne zdanie. Świat jest ciekawy właśnie dlatego, że ludzie nie myślą tak samo. 🙂

        • Nie oburzyłam się nawet przez chwilę. Zwyczajnie rozmawiam. Ty możesz napisać, co sądzisz, ja też mogę. Poprzednio nie napisałaś, że pan w twoim odczuciu nie jest niezwykły, tylko wypowiedziałaś się negatywnie o nim i o jego życiu, więc odebrałam twoją postawę jako mało otwartą.

          • Jak się nie burzysz to super. 🙂
            Ty pewnie patrzysz na niego inaczej, bo go znasz od dzieciństwa, zapisały Ci się w głowie jakieś obrazy, pewnie niektóre trochę przerysowane i odbiór całości masz jaki masz. Dla mnie to uliczny artysta, jakich widzę wielu i wrzucam do szufladki z napisem „nie prezentują nic niezwykłego, a kapelusz czeka”. I żeby nie było, jemu bym nic nie wrzuciła, jednak jak ktoś mnie zaciekawi, tym co prezentuje i sprawi, że chcę zostać na dłużej może liczyć na coś zawsze.

  • Kamila Kaczmarczyk

    Pamiętam kilka historii z tego tekstu, opowiadałaś mi je na Kępie Potockiej. Ze zdjęciami tworzą fantastyczną, kolorową całość i w zasadzie kiedy myślę o panu Jurku, to myślę właśnie tak: kolorowy pan Jurek.
    Podoba mi się, że o alkoholizmie opowiedział tak po prostu, trochę mimochodem, bez patosu i wielkich słów. Poza tym znalazłam w tym wywiadzie zgodę na to, dokąd prowadzi go życie i potwierdzenie, że pełnię i szczęście można odczuwać w każdej sytuacji, na przykład stojąc na głowie. Taki mindfulness.

    • Też pomyślałam o nim w powiązaniu z mindfulness. No bo to właśnie to, czego my się teraz uczymy, by nie oszaleć.

  • Widziałam go miesiąc temu w Warszawie. Zainspirował mnie.

  • Świetny cykl. Już nie mogę się doczekać kolejnych części. A pan Jurek jest mega ciekawym człowiekiem. Trzymam kciuki, aby udało mu się trzymać z dala od alkoholu i zachować pogodę ducha.

  • Nie no, po prostu nie wierzę. Ja widziałam tego gościa w zeszłe wakacje w Warszawie jak stał na głowie w okolicach zamku!!! Ale historia:). Super, że o nim napisałaś. araz muszę mojej przyjaciółce powiedzieć, bo razem go widziałyśmy i często wspominamy:).

    • Cieszę się więc, że mój tekst trafił do ciebie! 🙂

      • Jak najbardziej. Mało tego. Od kilku tygodni zbieram się, żeby jak co wakacje odwiedzić moja przyjaciółkę w W. i zebrać się nie mogę, ale po przypomnieniu sobie tej sytuacji z zeszłego roku od razu zachciało mi się jechać i już jestem umówiona 26 lipca. Warszawo, nadchodzę;)!

        • Właśnie Pan Jurek przeczytał twój komentarz i prosił, aby przekazać, że w wakacje urzęduje w Sopocie. 🙂

          • No masz ci los, widać nie było nam pisane w tym roku:). A tak serio, to w końcu ze względów zdrowotnych mój lipcowy wyjazd nie wypalił.

  • Inspirujący wywiad. Niezwykła historia i człowiek, który zdecydowanie powinien być przykładem dla innych. Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze więcej takich historii 🙂

  • Wspaniałe! Pare razy już widziałam tego człowieka, a przez myśl mi prze przeszło jakie miał życie. Inspirujący wpis 🙂 Pozdrawiam

  • Nigdy bym nie przypuszczała, że osobą, którą tak często mijam może być tak ciekawą osobą. Ahh… skrywane ludzkie historie:)

  • Super pomysł z tym wywiadem! 🙂 Nie znałam tego pana i pewnie pomyślałabym że szalony, ale to jego pomysł na życie i cudownie że umie się realizować – pewnie czasem jest szczęśliwszy niż wiele osób które go mija… Mimo wszystkiego co go spotkało wydaje się że jest pogodzony z rzeczywistością. Warto się czasem zatrzymać i posłuchać takich historii 🙂

  • świetny pomysł, fajnie jest przeczytać wywiad z takim „zwykłym-niezwykłym”, a nie jak zwykle z celebrytą 😉

  • Wspaniale że przeprowadziłaś taki wywiad i że jesteś tak otwarta na ludzi. Faktycznie, szczególnie w dużych miastach możemy kogoś często mijać, różne postacie, które już wrosły w krajobraz, ale nic o nich nie wiemy 🙂

  • „Zarabia na życie, stojąc na głowie lub jako tańczący w doniczce kwiat” <3 Dobrze, że są tacy ludzie w naszej rzeczywistości!